Jak coś mnie dręczy, to sprzątam

"Ja tylko układam towary na taśmie przy kasie według wielkości i rodzaju. A dzisiaj stwierdziłam, że drażnią mnie spinacze w takim plastikowym pudełku. Pudełko ma dwie komory, więc wysypałam wszystkie i posegregowałam, srebrne do jednej komory, a kolorowe do drugiej. Jednak najbardziej denerwuje mnie kurz - ciągle go ścieram, po kilka razy dziennie" - pisze na forum anonimowa gospodyni domowa.

 

Nic w tym dziwnego - kurz generalnie ludzi wkurza. Ale niewolnica porządków kończy swój wpis taką oto uwagą: "A w ogóle to zauważyłam, że jak coś mnie dręczy, to sprzątam". W tym miejscu pojawia się problem.

Kiedy ktoś bierze się za ścierkę, bo jest brudno, o takiej osobie mówimy - w zależności od miejsca i okoliczności: żona (w Polsce) albo housekeeper (w Ameryce). Natomiast sprzątający posprzątane to ofiara nie tyle bałaganu i poczucia obowiązku, co osobowości noszącej w psychologii nazwę "anankastyczna", a oznaczającej perfekcjonistę, chorobliwie uwrażliwionego na kwestie porządku. I wokół siebie, i tak w ogóle.

 

Nieustanne bieganie ze ścierką do kurzu, składanie ręczników w idealne prostokąty, pucowanie kafelków na wysoki połysk i stawianie książek na półkach w równych rzędach odmierzanych linijką, to już nie tyle zamiłowanie do czystości, co choroba nazywana kompulsją lub - bardziej po ludzku - nerwicą natręctw. Czemu zaraz nerwicą, skoro zmywanie i odkurzanie to czynność z gatunku tych niezbędnych życiowo, przez co oczywistych? Cóż, sprzątanie może i tak. Ale wypaczenia - czyli zatracenie się w nieustających porządkach - już nie.

 

Jak we wszystkim, tak też we wieszaniu ramek, żeby było idealnie prosto, i we froterowaniu podłogi, by błyszczała jak lustro, ważne jest, żeby wiedzieć, kiedy przestać.

 

Tymczasem perfekcjonista-nerwicowiec, prześladowany przez natrętne myśli o kurzu na serwantce i osadzie z mydła na wannie, w walce z bałaganem nie ustaje nigdy, bo po prostu nie potrafi. A jak spróbuje, to radość życia (odzyskaną po odstawienia odkurzacza) psuje mu poczucie winy, skutkujące uogólnionym niepokojem. Bo przecież jakże to tak - usiąść bezczynnie nad herbatą i lekturą - kiedy draperie (dopiero co poprawiane) wiszą wciąż nierówno! No i filiżanka stoi jakby nieco bokiem względem osi symetrii stolika. Nie mówiąc już o krzywych marginesach w gazecie.

 

W przeciwieństwie do abnegata, który w ogóle nie zauważa sterty brudnych naczyń zalegających w zmywarce od tygodnia ani szyb, przez które nie sposób zobaczyć, co jest za oknem, perfekcjonista działa jak tajny agent sanepidu. Widzi (i zwalcza) nieład wszędzie. Nawet tam, gdzie go nie ma.

W gruncie rzeczy taki talent najlepiej byłoby wykorzystać biorąc posadę w sanepidzie. Niestety, kompulsywna walka z brudem dotyka 2-3 procent ludzkiej populacji nie oglądając się na statystyki urzędów zatrudnienia.

 

Na fobię obejmującą wszelkie przejawy bałaganu cierpi na przykład piłkarz-celebryta David Beckham. Nie on jeden. Brudu (z nieco innych niż Beckham powodów) obawiał się obsesyjnie Michael Jackson, który jednak chorował na inną odmianę manii czystości - germofobię (strach przed zarazkami).

 

Spektakularny przypadek pełnoobjawowej obsesji na punkcie porządku stanowi również jedna z bohaterek serialu "Desperate Housewives" - Bree Van de Kamp, nie bez powodu nazywana Marthą Stewart Visteria Lane. Bree, z zaciętą twarzą i sztucznym uśmiechem na ustach, od świtu do zmierzchu pastuje parkiety i szoruje toalety, w przerwach prasując ściereczki kuchenne (układane potem w szafach tuzinami, według linijki), a w chwilach wolnych pielęgnuje ogród, haftuje bieliznę stołową oraz przygotowuje obiady z czterech dań (w tym domowej roboty lody i suflety). Jedno spojrzenie na Bree wystarczy jednak, by zauważyć, że jest ona nie tyle perfekcyjną gospodynią domową, co ciężko znerwicowaną obsesjonatką.

 

Osoby histerycznie skoncentrowane na walce (beznadziejnej skądinąd) z bałaganem tak naprawdę za pomocą froterki i odkurzacza próbują załagodzić lęki związane z niepewnością i brakiem bezpieczeństwa. Porządek jest bowiem dla nich zaprzeczeniem chaosu. Ład - bezładu. Rytuał składania ręczników, segregowania książek czy pastowania podłogi to zaś akt symbolicznego przejmowania kontroli nad tym, co nieprzewidywalne, przypadkowe, wymykające się zasadom i regułom - jak samo życie.

 

W czym więc problem, skoro w ten sposób za jednym zamachem (ścierki do kurzu) zyskuje i dom, i psychika perfekcjonisty z kompulsją? Jak zawsze w podobnych przypadkach, chodzi nie o samo zjawisko, ale o proporcje.

Leave a Reply